
Odszedł wybitny historyk, uczony, mistrz i autorytet naukowy, znany specjalista dziejów najnowszych Polski, rzecznik odpowiedzialnej debaty historycznej, badacz powściągliwy, rozważny i odporny na uproszczenia.
Z głębokim żalem przyjęliśmy wiadomość, że w sobotę, 3 stycznia 2026 roku zmarł Profesor Andrzej Paczkowski, wybitny historyk dziejów najnowszych.
Profesor Paczkowski był uczonym o wyjątkowej wrażliwości źródłowej. Jego dorobek – zwłaszcza badania nad historią PRL, aparatem władzy, opozycją oraz emigracją polityczną – miał istotne znaczenie nie tylko dla historii faktograficznej, lecz także dla refleksji nad statusem źródeł, ich krytyką i etycznym wymiarem pracy historyka. Był badaczem, który ufał źródłom, ale nigdy bezkrytycznie; cenił archiwa, lecz równie wysoko stawiał świadomość ich uwarunkowań politycznych i instytucjonalnych. Dla wielu z nas stanowił wzór uczciwości intelektualnej, klarowności argumentacji i akademickiej powściągliwości.
Był bardzo ceniony i lubiany za mądrość, spokój, ironię i życzliwą obecność w środowisku. Jego odejście jest dotkliwą stratą dla polskiej humanistyki. (“Nie żyje prof. Andrzej Paczkowski“, info Rzeczpospopolita, 3.01.2026.)

„[P]roblem, który chcę dziś poruszyć, wiąże się bezpośrednio z technikami i procedurami badawczymi. Jest to specyfika historii najnowszej związana z odmiennością źródeł, którymi posługuje się badający ją historyk, a którymi nie może posługiwać się historyk dziejów dawniejszych. Otóż tylko historyk dziejów najnowszych może mieć do czynienia z tak zwanym źródłem wywołanym. To znaczy, że sam może tworzyć – czy raczej współtworzyć – źródło, rozmawiając z kimś, kto uczestniczył w jakimś wydarzeniu, i zapytać go, jak ono przebiegało, czy o to, co i dlaczego coś zrobił (lub nie zrobił). Historyk zajmujący się okresami dawniejszymi nie ma takiej możliwości. Żyje – można powiedzieć – wśród źródeł martwych, już „wyprodukowanych” i nie może pomóc w stworzeniu nowego źródła. Możliwość stosowania takich procedur jest bardzo ważnym wyróżnikiem, może nawet wyróżnikiem decydującym: historia najnowsza zaczynałaby się więc w sytuacji, w której można odwołać się do źródła wytworzonego przez historyka. Jest to jej duży plus, istnieją jednak poważne problemy z krytyką źródła, które się samemu wywołało, albo które powstało dzięki pracy innego historyka i zostało przez niego udostępnione.
Muszę przyznać, że jestem sceptycznie nastawiony do źródła wywołanego, to jest do relacji. (…) Nikomu nie można zakazać wywoływania, to jest tworzenia, źródła. Każdy, kto zajmuje się historią najnowszą i ma możliwość wykorzystania relacji świadka wydarzeń, powinien z tego korzystać. Czy po to, by skonfrontować źródło archiwalne, które posiada, czy też dlatego, że nie ma innego źródła, bo przecież często i tak się zdarza. Jednak wszyscy, którzy zajmują się nie tylko faktografią i opisywaniem przeszłości, lecz także refleksją metodologiczną czy zastanawianiem się nad stosunkiem do przeszłości, dobrze wiedzą, że istnieje zasadnicza różnica między „pamięcią” i „historią” i to zarówno w skali zbiorowości, jak i w skali indywidualnej. (…)
I wreszcie na koniec, rzecz chyba najtrudniejsza. Otóż historyk to zawód; jest się badaczem, coś się poznaje, opisuje, przedstawia. Historyk jest jednak także uczestnikiem życia publicznego i będąc obywatelem jakiegoś kraju jest nieuchronnie wciągany w historię traktowaną jako instrument polityki. (…) Historyk powinien być zatem przygotowany na to, że niezależnie od tego, czy zajmuje się starożytnym Rzymem, czy średniowieczną Europą Środkową, czy historią Polski komunistycznej, może być wezwany, żeby wziąć udział w „czynie obywatelskim” i ukierunkować swoje badania tak, by współgrały z zapotrzebowaniem ideowym, politycznym, patriotycznym (czy anty-patriotycznym). Historyk zajmujący się dziejami najnowszymi jest, oczywiście, najczęściej traktowany jako narzędzie w rękach polityków. (…) Każdy historyk musi się liczyć z tym, że może nadejść taka chwila, kiedy stanie przed alternatywą: podejmę jakieś badania, bo są one potrzebne rządzącym, narodowi czy państwu, albo nie podejmę tego rodzaju użytkowych badań; będę robić to, co mi się podoba, ale wtedy możliwości badawcze mogą być mniejsze i splendorów trudno oczekiwać. Historyk zatem występuje nieraz jako legitymizator albo de-legitymizator. I tak w zasadzie może być, nawet wtedy, kiedy zakłada, że prowadzi „czyste” badania, bez świadomego włączania się w aktywność publiczną, narodową itd. Historyk może mieć czyste intencje, ale jego książkę ktoś może wykorzystać tak, jak jemu wygodniej, będzie cytował i powoływał się, by udowodnić tezę, która politykowi akurat w danym momencie jest potrzebna. Trochę tak, jak ze skrupułami Einsteina, Tollera czy Oppenheimera, prawda? Fizykiem atomowym się jest albo się nie jest. Jak się jest, to trzeba się liczyć z tym, że coś, co się bada, może być wykorzystane w sposób, w który się nie chce, by było wykorzystane. Żeby radykalnie odmówić udziału w tym, trzeba odmówić prowadzenia badań”.
(Andrzej Paczkowski, „Historyk dziejów najnowszych wśród źródeł”, w: Historia – dziś. Teoretyczne problemy wiedzy o przeszłości, red. Ewa Domańska, Rafał Stobiecki, Tomasz Wiślicz. Kraków: Universitas, 2014, s. 90-91, 96-97.)

Plik do pobrania - Paczkowski-Historyk-dziejow-najnowszych-wsrod-zrodel-w-Historia-dzis-red.-Domanska-Stobiecki-Wislicz-2014.pdf

